magister
Częstochowa, Poland99%
Tomek, mąż mojej kuzynki, jest facetem, który wszystko przeczytał, wszystko zobaczył i wszystkiego wysłuchał. Słowem, nie ma takiego tematu, który by nie był przez niego gruntownie zgłębiony. Co nie przeszkadza mu mieć osobliwą przypadłość w postaci nieustannych zdziwień, których werbalizację zawsze rozpoczyna od słów: "ciekawe, dlaczego?".
Tak więc, gdy wróciliśmy ze spaceru po Alejach Najświętszej Maryi Panny - sztandarowej ulicy w Częstochowie - siadł przy stole i wpatrując się w pusty kieliszek zaczął tę kwestię w sposób jak najbardziej dla niego typowy: "ciekawe, dlaczego?". Poczułem tu swoje pięć minut, gdyż w temacie pustych kieliszków czułem się pewnie. No bo możliwość wyjaśnienia owemu omnibusowi faktu, że kieliszek jest pusty dlatego, że nie został nalany, byłaby spełnieniem moich najskrytszych marzeń o samorealizacji, o ile, rzecz jasna, potrafiłbym precyzyjnie wywieść, i logicznie uzasadnić, związek przyczynowo-skutkowy między nie nalaniem a pustką! Ale Tomkowi nie chodziło o kieliszek. Niestety!
- Ciekawe, dlaczego on te Aleje tak zaprojektował? Przecież w jego czasach było to zupełnie bez sensu!?
Cooo? A cóż jest w naszych Alejach niezwykłego? Jasne, że nic dla mieszkańca Częstochowy, takiego jak ja, który widział je tysiące razy i niczego szczególnego nie zobaczył. Ba, ale nie dla Tomka!
Otóż Tomek nawiązał był do niejakiego Jana Bernharda, inżyniera w carskiej służbie, Niemca, choć polskiego pochodzenia. Tak więc owemu Janowi Bernhardowi rosyjska administracja poleciła zaprojektować, a może nawet bardziej wytyczyć niż zaprojektować, rzecz niesłychanie banalną, a mianowicie drogę między dwoma miejscowościami. Był rok 1826. Prawie dwieście lat temu! Dwie nędzne mieściny, które nazwane były Starą Częstochową - miejsce przy najstarszym częstochowskim kościele św. Zygmunta (moja dzisiejsza parafia) i Nową Częstochową - przycupniętą wokół jasnogórskiego klasztoru, połączone były błotnistą, polną drogą wśród absolutnego pustkowia. Od czasu do czasu jechała nią, nie bez wysiłku, końska fura. A jeszcze rzadziej szła pielgrzymka, wiosną czy jesienią zapadając się po kostki w błocie. Jasna Góra była w tym czasie ubogą świątynią, szykanowaną przez carskiego zaborcę. Dość powiedzieć, że przez dziesiątki lat, aż po czasy tuż przed Powstaniem Styczniowym, okoliczni mieszkańcy wyrzucali śmieci do byłej fosy, których Rosjanie nie pozwalali usuwać. Nietrudno więc sobie wyobrazić fetor, jaki w ciepłe miesiące zastępował, jakby to określił Szwejk, zapach kadzideł w świątyniach gotyckich.
- Czy wiesz - zapytał Tomek - komu zawdzięcza Jasna Góra to, że pozwolono oczyścić fosy z nieczystości?
Milczałem taktownie, usiłując mojej twarzy nadać wyraz jak najbardziej intelektualny, bowiem traktowałem to pytanie jako zupełnie retoryczne, co pozwalało mi nie zdradzić się z tym, że nie miałem zielonego pojęcia!
- To był arcybiskup Zygmunt Szczęsny Feliński, ówczesny prymas, początkowo darzony niechęcią przez polskich świeckich i duchownych, którzy uważali, że jest narzucony przez cara i zbyt posłuszny zaborcy.
Tomek takie informacje miał w małym palcu. Zamiast ugryźć się w język do krwi, nieopatrznie się przyznałem, że nigdy nie słyszałem o takim arcybiskupie.
- Nieeeee? - zdumienie Tomka było niebotyczne!
- Przecież on jest najlepszą ilustracją, jak powoli, ale za to bezbłędnie mielą młyny kościelne! Wszak to dopiero Jan Paweł II go beatyfikował w roku 2002, po 107 latach od śmierci, a kanonizował Benedykt XVI w roku 2009! To jest święty kościoła katolickiego! Jak najbardziej aktualny! Nie wiedziałeś!?
Moje milczenie stało się jeszcze bardziej uduchowione, niż to w ogóle było możliwe!
Więc Tomek, jako człowiek dobrze wychowany i niesłychanie taktowny udał, że nie zadał żadnego pytania, bowiem uznał, że moja kompromitująca niewiedza mogłaby zburzyć w sposób niezamierzony cykl naszego sączenia napojów jak najbardziej sprzyjających racjom historycznym. Tak więc wrócił do tematu Alei Najświętszej Maryi Panny. Uff, jaka ulga!
Mogłoby się wydawać (Tomek objaśniał fenomen Al. NMP), że inżynier Bernhard powinien wytyczyć drogę, której przepustowość była dostosowana do mizerii ówczesnych czasów. Tak więc mającą szerokość sześciu metrów. Czyli drogę jak najbardziej dwupasmową, dwukierunkową, która powinna być szczytem nowoczesności i rozmachu! Bowiem prawdopodobieństwo jednoczesnego znalezienia się na tej drodze dwóch furmanek jadących w przeciwnych kierunkach było w roku 1826 praktycznie równe zeru. Tym bardziej, że jeszcze 50 lat później w Stanach Zjednoczonych (a więc lata 1870) pojawiały się głosy przestrzegające przed budową zbyt szerokich ulic na przykład w Nowym Jorku, które przyczyniałyby się, według wieszczących katastrofę ekologiczną specjalistów od trafiku, do zwielokrotnienia ulicznego ruchu. Te zbyt szerokie ulice miały nieuchronnie doprowadzić do utonięcia miast w końskich odchodach. Było więc rzeczą nadzwyczaj ciekawą, dlaczego inżynierowi Bernhardowi nie tylko nie wystarczyła owa jedna, dwukierunkowa, aż za wygodna arteria, ale on wytyczył szeroki deptak, i po obu jego stronach zaprojektował dwie dwupasmowe drogi jednokierunkowe oraz - najbardziej na zewnątrz - miejsca dla pieszych (dzisiejsze chodniki) też o pokaźnej szerokości. A któż to miał wtedy jeździć, panie inżynierze Bernhardzie, po tych szerokich drogach, kto miał chodzić po chodnikach? A deptak? Tu zgoda. Deptak z pewnością został przeznaczony dla pielgrzymek i tę rolę świetnie pełni do dziś.
Stało się tedy, że dwie ubogie mieściny połączone zostały inżynieryjnym cudem o szerokości 46 metrów. Dopiero po ponad stu pięćdziesięciu latach arteria zaczęła się korkować. Po siedmiu czy ośmiu pokoleniach! Czapki z głów, proszę państwa, przed inżynierem Bernhardem!
Zanim zdążyłem się zastanowić, co mówię, palnąłem Tomkowi moją wersję wytłumaczenia owego zdarzenia sprzed prawie, jako się rzekło, dwustu lat. Bowiem czułem, że nie ustosunkowanie się do tego tematu spotęguje u Tomka wrażenie, że moje możliwości intelektualne są na poziomie absolwenta jakiejś tam uczelni typu Wyższej Szkoły Psychologii Społecznej, czy innej, o równie zabawnie brzmiącej nazwie, a ja wszak jestem po rzetelnej, śmiertelnie poważnej politechnice! Wyłożyłem mu tedy, że Bernhard z pewnością był oczarowany pięknem paryskich Pól Elizejskich, które tak samo, jak nasze Aleje, mają długość trzech kilometrów oraz tak samo słuszną szerokość, i Bernhard - nie bacząc na skalę - ba, nie bojąc się śmieszności, przeniósł ich rozmach pod Jasną Górę. Zimna woda, jaka runęła na moją głowę z siłą setek wodospadów Niagara, starła w proch resztki mojej samooceny! Zostało mi niezbicie dowiedzione, że chociaż niby oglądam, to nie widzę! A nawet jak widzę, to nie rozumiem! Któż bowiem z nas choć raz w życiu nie podziwiał w telewizji migawek z parady francuskiego wojska na Polach Elizejskich w rocznicę zburzenia Bastylii?
- I gdzie tam deptak pośrodku? - grzmiał Tomek mimo, że i tak już mniejszym być nie mogłem! Dlatego brakło mi odwagi, by zapytać, czy jego furia oznacza, że poprzez brak tego deptaka Pola Elizejskie - przy naszej Alei Najświętszej Maryi Panny - to zaiste mały Pikuś? Niestety - stchórzyłem. Moja wina! Ale to wcale nie znaczy, że im więcej o tym myślę, tym bardziej mi ten Pikuś siedzi w głowie! Aż w końcu dojrzeję do wyartykułowania prawdy oczywistej: tak, moi kochani! Pola Elizejskie - przy naszych Alejach - to po prostu mały Pikuś! Bo gdzie tam deptak pośrodku? No gdzie - pytam się grzecznie?